header image
 

flamenco a może tango…

Jak widać na moją systematyczność nie ma co liczyć. Mimo to raz na jakiś czas można coś z tej strony wyczytać. Zaległości jest co nie miara. Mały skrót…Na łódkach było bardzo fajnie, tylko czemu tak zimno…brrr. Marcin bardzo ładnie się mną opiekował, gorzej było z porankami. Wstawanie nie jest moją mocną stroną, ale przy Marcinie ja jestem rannym ptaszkiem…Nawet trochę posterowałam, dacie wiarę :) Nikt nie wyznał się, że nie jestem lekarką, ale i tak po wyjeździe przyszedł czas wyjawienia prawdy. Ekipa z łajby była świetna. Przekonałam się kolejny raz, że nie ważne gdzie, na czym hehe, ważne z kim :)

Potem byliśmy z Marcinkiem w Warszawie, była galeria zachęta i świetna wystawa “dokumentalistki”, potem moje ulubione pierogi no i wreszcie musical Upiór w operze. Niestety zawiodłam się, jak dla mnie przereklamowany. Owszem scenografia robiła wrażenie, dziewczyna grająca Christine ma bardzo ładny głos, ale….spektakl bardziej przypomina operę niż musical. Zdecydowanie zbyt statyczny, za mało ruchu, tańca, brak dobrych choreografii…jak dla mnie przesyt formy nad treścią…

Za to czwartkowy koncert Billy Evansa w wytwórni łódzkiej był rewelacyjny !!! Brakowało mi tak świetnego jazzu na żywo, oby jak najwięcej takich koncertów :)

No, ale miałam dziś pisać o flamenco… Byłam w kinie na musicalu Saury Iberia. Cudny, bardzo się wzruszyłam…tylko muzyka i taniec, taniec, taniec…no i jaki. Flamenco, muzyka na żywo, piękna scenografia ( prosta, bez zbędnych efektów specjalnych, najważniejszą rolę odgrywało światło). Film Iberia pświęcony jest wybitnemu hiszpańskiemu kompozytorowi. Saura prowadzi nas przez jego kompozycje. Jedyna informacja dla widza to nazwa utowru, reszta to cudowna muzyka i taniec ( głównie flamenco, ale również klasyka, balet, elementy tańca współczesnego). Obserwujemy próby tancerzy i muzyków, ich poświęcenie, pasję, miłość do tańca. Wszystko pięknie zaaranżowane. Prawdziwa gratka dla miłośników tańca. Jak tu nie być zakochanym w tańcu. Jednak, żeby tak zatańczyć flamenco trzeba urodzić się w Hiszpanii… Znowu pojawiła się moja ogromna tęsknota do tańca, do tego stanu upojenia, który daje mi ruch…

Pod wpływem chwili kupiłam płytę…jednak nie z muzyką flamenco, bo takiej nie znalazłam. Zakup ścieżki dźwiękowej z filmu “lekcja tanga” okazał się strzałem w dziesiątkę. Muzyka jest niesamowita a kawałek libertango Astora Piazzoli to prawdziwy rarytas…

No to już wiem jakie filmy będę chciała obejrzeć wkrótce: oczywiście Lekcja Tanga, ale również kolejne musicale Saury ( Flamecno i Carmen).

Dzień się jednak nie zakończył na muzyce, na sam koniec spotkanie z Woodym Allenem, czyli “Sen Kasandry”.  No muszę pwiedzieć, że reżyser mnie kolejny raz zakoczył. Najpierw było wszystkim do śmiechu a potem rozegrała się prawdziwa tragedia.  Są pewne granice, których przekroczyć nie można….Zakończenie zaskakujące…Colin Farrell i McGregor naprawdę niezła obsada, choć mój typ to zdecydowanie Farrell…Warte obejrzenia…

Once…

Powarcam do mojego komentowania filmowej rzeczywistości… Dziś będzie o filmie wczoraj obejrzanym…tytuł jak się już zapewne domyślacie Once. Film irlandzki, przepełniony piękną muzyką. Właśnie słucham ściągnięty z internetu kawałek “falling slowly” ( nagrodzony zresztą oscarem). Hmmm…jak zaczełam poszukiwać tego utworu w internecie, znalazłam mnóstow innych autorskich stron, na których ludzie opisywali swoje wrażenia po obejrzeniu tego filmu. Na mnie największe wrażenie robi muzyka, brzmi niesamowicie, to ona opowiada historię filmu, odkrywa prawdę o bohaterach, o ich emocjach, mówi nam co tam naprawdę czują. Film zrobiony za małe pieniądze, ale właśnie takie obrazy, bez zbędnych efektów są najbardziej urokliwe. Prosta historia o 2 artystach, którzy spotykają się na ulicy  ( on zarabia jako grajek uliczny, ona jako sprzedawczyni kwiatów). Już brzmi ładnie…prawda. Piękna historia o zwyczajnych ludziach…czy aby na pewno. Dla mnie są to niezwykli ludzi, obdarzeni talentem, niezwykłą wrażliwością, skrzywdzeni, poszukujący siebie…Polecam gorąco, film warty obejrzenia a muzyka posłuchania…Jak póżniej wyczytałam, główną rolę w filmie zagrał wokalista znanej irlandzkiej grupy  The Frames. Już wiem, że chcę bliżej poznać ich muzyczną twórczość. Dodam, że w tym filmie wszystkie kawałki brzmią nieźle, nie tylko oscarowy przebój…Mam nadzieję, że was zachęciłam, jeśli jeszcze nie jesteście do końca pewni ściągniejcie z netu falling slowly :)

Kolejny raz przekonałam się jak każdy z nas różnie odbiera i interpretuje pewne obrazy, znaki, symbole. Jednych film nastroił bardzo optymistycznie, inni odczuwali odrobinę smutku po wyjściu z kina ( czytaj bossanova), ale na pewno większość widzów była pod wrażeniem magii prostoty…Moje uczucia były mieszane, uroniłam nawet łzy podczas seansu ( chociaż nikt, nawet Marcin nie dojrzał). Przerobiłam sobie tę rzeczywistość filmową optymistycznie, pewnie dla tego, że tak łatwiej. Niech zatem film da wszystkim nadzieję, że prawdziwa miłość nie umiera, potrafi przetrwać najsilniejsze burze…chociaż czasem ktoś nam to musi uświadomić…

Dziś wieczorem był jescze spektakl Klimakterium, dla odmiany dawka kobiecego humoru na niedzielny wieczór. Spektakl w porządku, nie porwał mnie specjalnie, ale sprawił, że nieźle się uśmiałam w wielu momentach a to oznacza, że można było zainwestować w taką rozrywkę ( bilety 80 zł). Zabaczymy jakie będą moje wrażenia po musicalu “Upiór w operze”…10 maja w teatrze Roma…już wkrótce podziele się opinią.

Dziś stronę zdominował film once, ale wcale mnie to nie dziwi…

Mazury…

No więc tak, mój wyjazd na Mazury będzie prywatny i służbwy. Najpierw prywatnie ( choć nie do końca) jedziemy na regaty. Marcin jedzie jako lekarz a ja mam udawać lekarkę. Zaraz mi się przypomina “będąc młodą lekarką”… Wyjazd organizują studenci akademii medycznej, no i będe tam prawie jak pasażer na gapę ;)

Marcin ciągle nalega, żebym wzięła gitarę, nie chcę mi uwierzyć, że ja już nie pamiętam jak się gra na tym instrumencie. Jeszcze tego brakowało, nie doświadczona żeglarka, na wpół legalnie na Mazurach, brzdękoląca na gitarze…heh ale byłoby zabawnie. Z drugiej strony jak zacznę śpiewać, to jest duże prawdopodobieństwo ( zgodnie z powiedzeniem ty już lepiej tańcz, ale nie śpiewaj), że współlokatorzy wyniosą się na inną żaglówkę ;) Może jest to jakiś pomysł…hehe

Po powrocie z weekendu majowego, którego zresztą nie możemy się już doczekać…znowu jadę na Mazury, tym razem służbowo na cykliczne szkolenie. Jeszcze trochę i wreszcie wymarzony odpoczynek, żeby tylko pogoda była ładna, bo inaczej cóż zostanie…wino, muzyka, wino, śpiewy i jeszcze raz wino :)

Wielkie dzięki za liczne komentarze i zainteresowanie. Widzę, że moja długa cisza przyniosła jakiś efekt :) Może muszę częsciej stosować taki zabieg, chyba, że obiecacie cześciej komentować moje wpisy. Dzięki temu strona ta staję się żywa, interaktywna ( to takie modne dzisiaj słowa). Dzisiejszy temat na przykład podsunęła mi Agnieszka :)

no i gdzie ta wiosna…

Miało być już w kwietniu lato a tu tymczasem dżdżysta londyńska pogoda…zimno, deszczowo i szaro. Musieliśmy nasz wyjazd do jury krakowsko-częstochowskiej przełożyć na cieplejsze dni…Mieliśmy z Marcinem porobić ładne zdjęcia, powdychać trochę wiosennego powietrza. Na, ale jak to mówią co się odwlecze to nie uciecze. Za to pospaliśmy do południa a potem wybraliśmy się do sklepu ze sprzętem muzycznym. Doradca okazał się prawdziwym audiofilem, pasjonatą sprzętu muzycznego. W pokoju odsłuchu byliśmy zafascynowani jakością czystych dźwieków…muzyka z K-Pax zabrzmiała magicznie. Jak się okazało sprzęt, na którym wybrzmiewała muzyka wart jest kilkadziesiąt tysięcy…Nigdzie w łódzkich klubach nie mają takiego sprzętu. Jakość przeszła nasze oczekiwania. Zaczynam myśleć, że moja muzyka słuchana na kiepskim sprzęcie w domu nie brzmi ani w 1/10 tak jak powinna. Słuchając muzykę na takim sprzęcie jak cambidge audio można ją rzeczywiście przeżywać (jak usłyszeliśmy od wspomnianego wcześniej sprzedawcy). Po przesłuchaniu zrozumiałam o co mu chodzi. Hmm…Marcin zakochał się w tym sprzęcie…Na tak drogi sprzęt mało kto sobie może pozwolić, ale pan w salonie przekonał nas jak ważne są dobre kolumny. Warto wydać więcej i przeżywać :)

Hmm…a w tle w domku słychać muzyczkę, która wybrzmiewa tak płasko, bez efektów…

Zmykam, pora przygotować się na wyjście ( dziś idziemy na urodziny do koleżanki z tańca)

Tymczasem (jak mawia Kydryński - też Marcin, ach te Marciny :-)  miłej soboty i niedzieli…

powrót po długim zimowym śnie…

Zdecydowanie przespałam zimę na blogu…ale wiosna to najpiękniejsza pora roku, wszystko dookoła budzi się do życia, więc pewnie czas i na mnie :)

Kasiu, Agnieszko nie mogłam zlekceważyć Waszych głosów, zatem jestem ;)

Zastanawiam się czy jeszcze pamiętam jak to się robi…myślałam czasami czy nie zamknąć tej strony, ale pomyślałm sobie, że jeszcze nie czas…Sama zresztą powróciłam do wcześniejszych wpisów przypominając sobie dawne dzieje. Chciałam sprawdzić jak bardzo ja się zmieniłam i świat wokół mnie…

Wiosna po długim wyczekiwaniu nadeszła wreszcie i w moim serduszko…biję teraz troszkę mocniej, wyczekuje bardziej i tęskni…Nigdy nie chcemy słuchać mądrości życiowych a one naprawdę są prawdziwe. Na wszystko przychodzi w życiu czas, trzeba tylko uzbroić się w cieprliwość i zaufać…Wierzę, że tym razem nadszedł i mój czas. Marcina znam krótko, spotykamy się od niedawna a mam wrażenie jakbyśmy znali się całe życie…To co w nim lubię najbardziej to ciepło, które od niego bije, nie umiem tego dokładnie opisać…poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że jest ktoś do kogo zawsze można zadzwonić, przytulić się, wygadać…

No i tak od niedawna mój świat rozkwita…

Myśle tak sobie jak dawno nie widziałam się z Wami, ale wcale nie mam poczucia, że nitka przyjaźni którą dawno temu zawiązałyśmy słabnie. No i to są takie małe-wielkie “rzeczy”, które dają człowiekowi siłe do życia. Nie wiem nawet kiedy się zobaczymy, nie umiem powiedzieć, ale wiem, że będzie to cudowne spotkanie, że będziemy miały sobie dużo do opowiedzenia…ciekawe jak maluchy już wyrosły…a może za jakiś czas przyjedziecie do Łodzi jak za starych dobrych czasów…

Agnieszka może i za jakiś czas od Was popłyną wieści o powiększeniu rodziny ;)

Jak tam nasze plany na wakacje…zmieści się w nich jeszcze jedna drobna osoba…hehe Michałowi przydałby się kompan, w przeciwnym razie oszaleje z samymi babami ;)

Na dziś wystarczy, poszło wyjątkowo gładko, słowa same ułożyły się w zdania…

weekend pełen wrażeń…

Tak to już zazwyczaj bywa, że jak niczego nie planujesz to nagle spada z nieba mnóstwo ciekawych propozycji. No więc były w weekend warsztaty tańca, moje ciało bardzo boleśnie to odczuwa ;) Szczególnie ostatnia technika, czyli taniec współczesny…bo wcześniejszych 3 godzinach, to tarzanie się po ziemi nie należało do rzeczy łatwych. Mimo to warto było, poznać coś nowego, zwłaszcza, że z tą techniką nie jest u mnie najlepiej…jest w niej coś pociągającego, jeśli tak to można nazwać, tylko najpierw trzeba przejść przez trudną fazę obdarcia całego ciała, czy też miejsc (czytjak kości) najbardziej wysuniętych. Może właśnie z obawy przed tym unikałam tego. Nie będe narzekać, bo nie ukrywam uwielbiam to zmęczenie fizyczne po tańcu, tylko te obtarte miejsca powodują teraz grymas na mej twarzy mówiąc delikatnie. Ponoć jak się juz kilkanaście razy zedrze z paru miejsc skórę, to potem człowiek jest już nie zdarcia ;)
No ale to nie koniec opowieści. Niespodziewanie w sobotę zadzwoniła znajoma, że ma dwa bilety na Stare Dobre Małżeństwo, no jak mogłam odmówić :) Było cudnie, z początku towarzystwo w Filharmonii nie dało sie ponieść wibracjom. No ale jak zagrali stare dobre kawałki, jak to w SDM bywa wspomnienia wróciły i publika się rozkręciła… :) Zaczeły się wreszcie śpiewy, oklaski…potem ciężko było zespołowi zejść na dobre ze sceny - bisowali 3 razy. Po 2,5 godz. koncert dobiegł końca, ale wspomnienia i kolejne plany zostały…no co może w sierpniu ktoś jeszcze ma się ochotę wybrać na bieszczadskie anioły, zbieramy z Kasią ekipę :) Na te wszystkie moje plany mi w końcu urlopu nie wystarczy :)
No to wystarczy na dziś, moje obolałe ciało domaga się odpoczynku :) Dobranoc

Karmel…

Wcale nie o słodkim karmelu będzie tu mowa, chociaż film zaczyna się bajecznie…widzimy jak kobiety przygotowują złocisty pachnący karmel, muzyka w tle oddaje jego zapach…Za chwilę odkrywamy, że owy smakołyk jest używany w salonie piękności do bolesnej depilacji. Tak oto wchodzimy w uroczy świat kobiet, który jest nam tak bliski, prawdziwie odczytany i zrozumiany może być tylko przez misterne oczy drugiej kobiety…Taaak jest w tym filmie dużo z Almodovara, widać, że niewątlipwie jego twórczość wywarła wrażenie na tej młodej libańskiej reżyserce (Nadine Labaki). Hmm…zabawne, wcześniej pisałam, że tylko kobieta w pełni przeniknie w świat filmu, tu nagle wzmianka o Almodovarze, no tak, ale wyjątek potwierdza regułę ;) Zresztą moim zdaniem film jest delikatniejszy, czuć, że główne skrzypce w kreowaniu tego barwnego kobiecego świata gra kobieta…bo któż nas lepiej zrozumię…
Kobiety w tym filmie są niezwykle ciepłe, akceptujemy je ze wszystkimi wadami, ze wzruszeniem podglądamy ich życie, babskie ploteczki w salonie urody. Na twarzy każdej z nich widać pewne cierpienie, rozterki, przecież tak naprawdę wszystko można wyczytać z naszych oczu, kto uważnie im się przygląda ten to odkryje…No właśnie tak przy okazji to brakuje mi tych naszych babskich ploteczek przy kawie, winie, rozmowach o wszystkim i niczym…przypomniało mi się jak spotykałyśmy się u mnie i nie jedna z was robiła test ciążowy, te oczekiwania na wynik…Teraz już większość z was przytula te swoje cudne maleństwa…( chodź ich narodziny nie zwiastował żaden z tych testów :)
Karmel odkrywa przed nami również skrawek kultury libańskiej. Pewne zachowania są dla nas dziwne, dla innych tak oczywiste. To gdzie i kiedy się urodzimy ma oromne wpływ na całe nasze życie. Kobiety w tym swoim na wpół muzułmańskim a na wpół chrześcijańskim świecie w gruncie rzeczy pragną tego samego co każda z nas…To jak się nawzajem wspierają jest piękne. Tak mnie przeraża kiedy nie raz kobiety o tym zapominają. Zamiast tego zadroszczą sobie wszystkiego nawzajem, rywalizują o mężczyzn, mimo, że już dokonały wyboru tego jak się to mówi…jedynego Przecież siła kobiet tkwi właśnie w ich wzajemnej solidarności, kiedy potrafią się nawzajem spierać, słuchać, rozumieć…no i kiedy są kobietami. Myślę tak sobie, że nie powinnyśmy się wstydzić, że jesteśmy słabsze, bardziej wrażliwe, potrzebujemy akceptacji, to przecież takie kobiece…
Hmm…no i ten obraz, kiedy kobieta czeka na tel. który wciąż milczy, w swej naiwności jest taka bezbronna, “grzech” wynika z miłości a nie z chęci zaspokojenia swoich potrzeb (jak to często bywa u mężczyzn…) No, ale czyż nie każda z nas nie raz czekała, wierzyła, nie poddawała się w tej swojej naiwnej miłości, gdy ona już dawna była przegrana….a potem niczym grom z jasnego nieba…
Więcej nie zdradzam, zachęcam do wybrania sie do kin…

urodziny…

Hmm…właśnie niedawno skończyłam kolejny rok. Zastanawiam się dlaczego 31 grudnia żegnamy stary rok… Przecież tak naprawdę dzień naszych urodzin to przełomowa data, właśnie w tym dniu powinniśmy żegnać stary rok i witać nowy dla nas rok. Właśnie skończyłam 26 lat i zaczynam nowy etap, nowy rok w moim życiu…Sylwester, Nowy Rok to tylko symbol…Dla mnie nowy rok nastaje w dniu dzisiejszym, jestem starsza, na moich plecach dźwigam bagaż nowych doświadczeń. Nie zabrakło w tym dniu życzeń od moich kochanych przyjaciół, goście rozeszli się już do domu…zostałam tylko ja, moje cztery ściany, jakże ciepłe i samotne…Czas na podsumowanie minionego roku. Kiedyś myślałam, że jestem poszkodowana, przez moje narodziny w dniu 30 grudnia, dziś myślę, że to właśnie ja jestem najbliżej tego by żegnać i witać nowy rok….zabawne co, a jednak jest w tym jakiś sens…
Wiem alkohol wypity na urodzinach robi już swoje, ale może właśnie dlatego dziś mam chęć wygadania się…W tle urodzinowy prezent płyta Makowieckiego, Reniu przecudna….taaak wszystkie moje płyty są nostalgiczne, ale to nie znaczy, że smutne. W tej odnajduję wiele pozytywnych kawałków, choć najpiękniejszy na ten czas dla mnie jest nr 1 Ostanie wspólne zdjęcie….O ironio, ja taka na pozór tryskająca energią kocham te smutne piosenki, najbliższe memu sercu. Pragnę się dzileić z wami kochani tym co najpiękniejsze, moim uśmiechem, radością, pozytywną energią, bo tego każdy z nas potrzebuję. Mam w sobie mnóstwo siły by dzielić się nią z wami…ale…no właśnie. Czasami mam wrażenie, że muszę mówić za innych….jestem klaunem dającym ludziom trochę radości…może powinnam tak jak u Bergamana zamilknąć…W taki dzień jak dziś tak bardzo mi go brakuję…miałam czas by jak zwykle posmarować się po kąpieli moimi specyfikami…tzn..że wódki za mało, albo brak rodziny…Zastanawiam się dlaczego ja pamiętam o dniu twoich urodzin…Moja data nie jest trudna do zapamiętania…a jednak. Chciałam byś był w tym dniu ze mną, marzę a tym od moich ubiegłych urodzin. Ty i tak tego nie odczytasz, więc nie mam żadnych oporów. Nawet jeśli byłbyś moim przyjacielem, nie zachowywałbyś się w ten sposób…To wszystko nie ma sensu, wiem to od dawna. Mimo to tkwie w tym , czekam na cud, który nigdy nie nastąpi…przez łzy nie widzę już nic na ekranie. Ciebie to nie wzrusza, nic ci do mojego życia. Wiem…jak w piosence Makowieckiego, która właśnie wybrzmiewa na okrągło: “..chyba czas już wstać, zamkąć drzwi, zniknąć we mgle. Ty nie starasz się zatrzymać mnie. No tak, taka właśnie była ta cała nasza przyjaźń. Przez chwilę popatrz jeszcze wstecz, przez chwilę choć zawahaj się…”
Chyba najwyższa pora zacząć Nowy Rok bez Ciebie, ja już tak dłużej nie mogę….
Przecież Rok 2008 ma być rokiem Koziorożca, ponoć czekałam na ten czas 12 lat!!! Wszystko ma się teraz udać, szkoda, że ja nie proszę wcale o tak dużo…a możę o zbyt wiele…Rok 2008 ma być rokiem podróży,prawda dziewczyn. Mamy przed sobą w końcu tyle wojaży, Ola, Aga przed nami Lion, Berlin, Irlandia, kto wie co jeszcze…Mam nadzieję, że sił mi na to wszystko wystarczy…

Wszystkim wam życzę z całego serca najpiękniejszego Nowego Roku, niech wam się sczęści…niech wasze serca się radują, niech miłość, wiara i nadzieja gości w waszych sercach…niech uśmiech nie znika z waszych serc…

” Ja cóż nie rozumiem nic, patrzysz niby wprost jednak obok gdzieś…” cd już znacie….

P.S
Wszyscy widzą w moim mieszkanku tyle ciepła, szkoda, że dla mnie ono nadal jest takie zimne….

krok po kroczku..idą święta…

Hmm…no właśnie jesteśmy coraz bliżej świąt. Poza tym dziś ostatni dzień w pracy….przede mną dwa tygodnie urlopu. Czyż to nie jest wspaniałe :) Aczkolwiek na leniuchowanie niestety nie będzie czasu. Jednak teraz nie pora o tym myśleć, przez święta nie zamierzam robić nic…No dobrze prawie nic… W niedziele będe już u rodzinki w Bytomiu, więc pewnie czekać mnie będą jeszcze ostatnie zakupy z mamcią, porządki no i ubieranie choinki. No cóż może i dobrze, wreszcie poczuje te święta… :) Na moich barkach będzie także spoczywać przygotowanie kolacji wigilijnej, rodzice będą w pracy więc ja nie będe mieć wyboru. No i na co mi ten urlop ;) No dobra wiem, przygotowywanie w taki dzień potraw dla najbliższych to sama przyjemność, poza tym nad wszystkim będzie czuwać mistrz kuchni, czyli moja ukochana babcia :) Co do prezentów to już prawie za mną. Jeszcze tylko jutro czeka mnie dzień zakupów…nie mam swetra dla mamy…a to musi być wyjątkowy ciuszek :)
U mnie w domu choinki brak, porządkami się nie przejmuje, jak wróce ze Śląska to o tym pomyślę, w końcu zaprosiłam gości na moje urodziny, będzie okazja, żeby posprzątać no upichcić coś dobrego….sylwester spędze w domku, wcale mi nie jest żal z tego powodu. Nie mam chcęci się nigdzie ruszać…w końcu to dzień jak co dzień? Prawda? A może się mylę :) Nie szkodzi, niech każdy ten dzień spędzi tak jak ma ochotę, ja zamierzam obejrzeć parę filmów…

Korzystając z okazji, jeśli ktoś tu jeszcze zajrzy przed świętami to życzę Wszystkim Spokojnych, Rodzinnych, Magicznych Świąt…

P.S
Już się mogę doczekać aż Was kochani wszystkich zobaczę w czasie tego mojego świątecznego pobytu w rodzinnych stronach…Hmmm…w końcu jesteście dla mnie jak rodzina :)

miałam być dziś w stolycy…

No tak miałam być dziś w Warszawie, mieliśmy dziś grupą zwiedzać WFDIF. No, ale sprawy się trochę skomplikowały, bo akurat dziś mieli wolny termin montażyści drzwi. Jako, że od wakacji drzwi łazienkowe stały ciągle nie na swoim miejscu, bo w małym pokoju… :) to stwierdziłam, że najwyższa pora je założyć. Uwierzcie o fachowca dziś trudno…więc zamiast zwiedzać laboratorium zostałam w domku. Mogę śmiało powiedzieć, że mój remont się wreszcie zakończył, bo te nieszczęsne drzwi spędzały mi sen z powiek. No w i pokoiku można się już zamknąć na klucz ;)

Nie ukrywam szkoda mi tego wyjazdu, na pewno dużo ciekawych rzeczy można było zobaczyć w wytwórni, ale z drugiej strony strasznie mi się nie chciało jechać. Tym bardziej, że wczoraj trochę pobalowałyśmy z dziewczynami z tańca. Po zajęciach wybrałyśmy się do knajpy (przechowalnia), na babskie ploteczki przy wódeczce. Powrót do domu taksówką, mogłam sobie pozwolić na ten luksus, bo okazało się, że jedna z dziewczyn mieszka niedaleko ode mnie…

Dziś za to miałam duuużo sprzątania po tej wymianie drzwi…., ale już jest czyściutko i naprawdę miło…no to kto wpada na małą czarną, albo lepiej na jakiegoś dobrego drinka :)???