tęskno mi…

•Maj 22, 2009 • 1 komentarz

Na początku powinnam się jakoś wytłumaczyć przed Wami dlaczego tak rzadko tu bywam. Owszem dużo pracuję, nawet nie zaglądam na gg. Wolny czas staram się spędzać na zajęciach ( taniec, angielski), no i oczywiście z Marcinem. Jak już mamy wolny weekend to staramy się wyjechać, gdzieś za miasto. Niestety wolnych weekendów jest coraz mniej, a pracujących sobót przybywa…Poza tym, nie ma co ukrywać, czasami nie piszę z lenistwa, mam poczucie, że Wy też nie macie czasu na te moje bzdurne wypociny….

Jednak w tym natłoku pracy, tęskno mi za Wami…moje kochane modliszki….Wszystko się zmienia w życiu, każda z nas to już nie ta sama nastoletnia dziewczynka. Dojrzałyśmy – nie tylko fizycznie, psychicznie, ale również emocjonalnie. Choć czasami czuję się jak mała bezradna dziewczynka…Jedno się nie zmienia, tęsknota. Mieszkamy raptem 22o km od siebie a wszystko wygląda inaczej. Smutno mi czasem, że nie mogę wpaść do którejś z Was na kawę, babskie ploteczki. Wiem, że zawsze przyjełybyście mnie z otwartymi rękoma… W pracy nie ma już czasu ani okazji do przyjaźni…te prawdziwe rodzą się w szkole, na uczelni. Potem już praca, obowiązki, dom. Jest na szczęście jeszcze miłość partnera:)…

Ale, czemu mam do Was tak daleko… Dziś kolega z pracy, wspomniał że jego żona umówiła się z koleżankami…też bym tak chciała… a tu kolejna sobota pracującą…. W tygodniu jesteśmy zapracowani, mamy z Marcinkiem tak mało czasu dla siebie, że jak już jest wolny weekend to chcemy go wykorzystać.  A ja chciałabym wpaść do którejś z Was na kawę, w zwykły dzień…hmm…no właśnię, tęskno mi….

Co tam u Was moje drogie modliszki i serdeczne towarzyszki broni z K-c i Mikołowa 🙂

W Łodzi trwają Łódzkie Spotkania Baletowe. Jutro idziemy na spektakl grupy z Izraela. W niedzielę Dom Tańca ma spektakl w Teatrze Jaracza…ależ bym sobie chciała zatańczyć z dziewczynami…hmmm…

dobranoc,jutro trzeba wczęśnie wstać do pracy 😦

Odezwijcie się…

Reklamy

przerywam milczenie

•Luty 21, 2009 • 2 Komentarze

Jednak nie obiecuję na jak długo…Póki co pragnę podzielić się moją radością. Wczoraj obroniłam pracę dyplmową. Oficjalnie zakończyłam moją edukację w PWSFiTV :). Nie obyło się bez stresu, oczekiwania na wejście. Potem już tylko radość, satysfakacja. Zakończyłam pewien kolejny etap w moim życiu. Nie mogę jednoznacznie stwierdzić co mi dały te studia. Z pewnością jakiś obraz, zarys całego przedsięwzięcia jakim jest produkcja filmowa, pogłębiły moją świadomość i sposób patrzenia, odbierania filmu. Nie wiem czy ta wiedza do czegokolowiek mi się kiedyś przyda…Czasami jednak życie nas zaskakuję, więc lepiej nigdy nie mówić nigdy. Nie uzyskałam żadnego tytułu tylko dyplom, więc proszę się do mnie nie zwracać producent :). No właśnie jak dostanę fizycznie do ręki dyplom to podzielę się z Wami informacjami, którę na nim widnieją. Nie raz myslałam po co mi te studia, przecież i tak nie będę pracować w tym zawodzie. Myślę sobie jednak, że na pewno był to wspaniały czas, który będę długo wspominać. Zabawy przy kreowoaniu etiud, poznawanie tajników i odkrywanie sekretów tak oczywistych dla filmowców, a nie koniecznie dla widzów. No i co najważniejsze poznanie na swej drodze nowych ludzi, zawarcie nowych znajomości. To są rzeczy o któych nigdy się nie zapomina…

Wczoraj w high speedzie – w klubie mieszczącym się w akdemiku filmówki, raczej już ostatnia w tym miejscu, zatem można powiedzieć pożegnalna impreza. Tańce ( zwłaszcza na rurze, która od kilku miesięcy ma swoje zaszczytne miejsce w klubie :), muszę przyznać, że rozbudza wyobraźnie i nawet zatwardziałych podpieraczy ścian zachęca do zabawy i tańca :). Zatem dyplom został oblany z moimi towarzyszami niedoli, dzisiaj ciąg dalszy z moją ukochaną drugą połową 🙂 oraz pozostałymi znajomymi. Jak przyjadę na Śląsk to ciąg dlaszy oblewania :). Będziemi mieć świetną okazję do spotkania się !!!!

Tymczasem na dziś już wystarczy tych zwierzeń…do szybkiego zobaczenia w świecie rzeczywistym…

święta w Łodzi

•Grudzień 25, 2008 • 1 komentarz

To moje pierwsze święta poza rodzinnym domem. To znaczy, że już zapuściłam korzenie w Łodzi. W tym roku organizowaliśmy święta u nas…hmm..no tak w naszym wspólnym mieszkanku. Wszystkie potrawy dzięki telefonicznym instrukcjom mamy i babcki wyszły znakomicie. Makówki z przepisu babci okazały się prawdziwym rarytasem w te jakże cudowne święta. Po raz pierwszy w Wigilię odwiedził nas Mikołaj z torbą pełnąąą prezentów. Jak się okazuję co region to inny obyczaj. Na Śląsku mamy prezenty pod choinką na gwiazdkę lub od dzięciątka, Mikołaj odwiedza dzieci tylko 6 grudnia. W Łodzi a także w wielu innych rejonach Polskich odwiedziny Mikołaja zarezerwowane są na wieczór wigilijny, na Mikołajki zaś prezenty można znaleźć w butach lub pod poduszką.

Mamy piękną żywą choinkę, uwielbiam świąteczny nastrój, wieczory przy choince i podjadanie przez cały dzień samych pyszności…Święta, święta i zaraz po świętach. Nieubłagalnie zbliżamy się już do końca roku. Wkrótce przyjdzie czas na podsumowania. Któż by pomyślał, że moje życie w tym roku zmieni się o 180 stopni…no tak, ale na takie  rozmyślania to jeszcze przyjdzie czas. Póki co  mamy święta, zatem wykorzytajmy je jak najlepiej. Świętujcie kochani i wypoczywajcie…

czas dla zdrowia

•Listopad 26, 2008 • Dodaj komentarz

Pierwsza myśl, jak zatytułować dzisiejszy wpis to „pobyt w szpitalu”. Nie brzmi to zbyt dobrze, bo hasło szpital chyba nikomu nie kojarzy się dobrze. Lęże sobie w łóżeczku, zajadam biszkopty, popijam kawę i mam czas na swobodnie,niczym nie ograniczone słowotwórstwo, albo wodolejstwo ( do wyboru). Najpierw przejście przez izbę przyjęć, na oddziale usłyszałam, że powinnam być w piżamie ( moje spodnie z dresu i sweterek to nie jest odpowiedni strój :). Nie dałam za wygraną pozostałam przy swoim…pidżamka…hehe na wieczór. Potem badanie i pobranie krwi. No i niestety zdekompensowałam się, mdlałam, ale w miarę szybko wróciłam do siebie. Trochę naczekałam się na korytarzu na zwolnienie łóżka, ale to nic. Generalnie uważam, że jak zwykle Polacy trochę za bardzo narzekają na służbę zdrowia. Panie pielęgniarki bardzo miłe, miały ze mną ubaw przy pobraniu krwi, zatem już mam łatkę „delikatna” :). Nawet pani salowa mnie rozpoznała: „o to Pani tam taka blada siedziala w dyżurce”…:) Poza tym sala wymalowana, co najważniejsze łazienka na miejscu. Cóż mi więcej potrzeba.  Jutro zabieg, potem 24 h na sali pooperacyjnej i zwolnienie, więc trochę sobie odpocznę…No a co najważniejsze od soboty w Łodzi rusza camerimage – już się nie mogę doczekać 🙂 Jak czasu i sił mi wystarczy to nie omieszkam wspomieć co nieco na stronie…

Mój Marcinek co jakiś czas do mnie zagląda, zważywszy, że jego trasa do mnie to 2 minuty ( w końcu z 1 piętra na czwarte przy jego dobrej kondycji to jak z pokoju do kuchni 🙂

Jak to dobrze, że mam go przy sobie…

P.S.

To łóżko na mnie źle działa, jakaś strasznie senna się robię…najchętniej zrobiłabym paciu :), ale wtedy co ja będe robić w nocy…

cinema paradiso

•Listopad 11, 2008 • Dodaj komentarz

Zatęskniłam za dawno nie odwiedzanym blogiem…Siedzę sobie sama w domku, tęsknie za moim przytulakiem…powroty i rozłąki mają sens tylko wtedy, kiedy ktoś na Ciebie czeka…dopiero przyzwyczajam się do tego, że nie ma Cię w domu, jesteś w pracy. Nie jest to łatwe, już tak przywykłam do naszych wspólnych wieczorów, że każdy taki dzień jak dziś z dala od Ciebie jest pełen wzruszeń. Twoje imieniny, niezwykły dzień, spędzamy go osobno, ale jednak razem…

Tak to właśnie w chwilach tęsknoty naszła mnie ochota na pisanie. Podzielenie się moimi odczuciami…

Wczoraj oglądałam jeden z piękniejszych filmów, jakie w życiu widziałam. Wciąż jestem nim oczarowana…pewnie każdy się już domyśla z tytułu, że chodzi o cinema paradiso. Przed oczami mam twarz Toto, jego cudowny uśmiech, piękne oczy oraz jego niezwykłego przyjaciela Alfredo. Pasja może połączyć dwoje ludzi na całe życie w jedność, ktrej nie sposób rozerwać, nawet gdy jest się daleko. Tęsknota do młodości, do miłości tej jedynej prawdziwej, szczerej…w tle stare piękne kino, widzowie przeżywający każdą scenę, oczarowani magią kina – taki właśnie jest cinema paradiso. Dziś kino jest już inne, ale wciąż potrafi wzbudzać zachwyt, dreszczyk emocji. Często ukrywamy w kinie łzy, zastanawiam się po co? Każdy twórca marzy o chwili, żeby zobaczyć na twarzy widzów wzruszenie…łezkę, strach, złość – emocje, które dzisiaj tak często ukrywamy. Chowamy piękno, które kryjemy w sobie – emapatia, to nas wyróżnia. Sprawia, że stajemy się lepsi, piękniejsi, czasem nostalgiczni.

Hmm…no i muzyka, którą tak kocham…Warto posłuchać Ennio Morricone i jego Cinema Pradiso, wzruszyć sie na chwilkę, przypomnieć sobie sceny z filmu…

Jeśli ktoś nie oglądał cinema paradiso, nie ma na co czekać. To kino to prawdziwa magia, czar…

jeszcze wakacyjnie…

•Sierpień 9, 2008 • 1 komentarz

Już minął tydzień od naszego powrotu z Norwegii…ale ten czas szybko leci. Wakacje bardzo udane. chociaż z całą pewnością do najcieplejszych nie należały. Temperaturę 13 stopni, trudno nazwać letnią 😉 No to zacznę od samego początku. Najpierw przeprawa promem, krótki sen na fotelach lotniczych ( na szczęście morze było spokojne i podróż nie skończyła się w toalecie). Po przybyciu do Ystad ruszyliśmy w drogę – kierunek Oslo. Już od samego początku widoki z okna samochodu były urokliwe. Szwecja jest malowniczym, czystym krajem pełnym lasów i jezior. Jednak Norwegia to prawdziwa baśniowa kraina, wąskie drogi przez góry, malownicze widoki na fiordy, długie trasy przez niezamieszkałe pustkowia…W Oslo pogoda nam jeszcze dopisywała, było ciepło i słonecznie. Nasza droga z campingu trwała jakąś godzinkę, aż wreszcie przyjechał autobus i znaleźliśmy się w samym centrum stolicy. Mały porcik, paskudny ratusz ( nie na daremno przewodniki zaznaczają, że jest to największy, ale zarazem najbrzydszy budynek w Oslo), który jest niejako wizytówką państwa. W końcu stąd odbywa się transmisja przy okazji wręczania nagrody Nobla. Niektóre kamieniczki prezentowały się ładnie, jednak samo miasto nie zrobiło na nas wrażenia. Przede wszystkim bardzo wyludnione, spokojne, brakowało w nim życia. W drodze powrotnej rozmawiając z pewnym bardzo pomocnym murzynem w autobusie uzyskaliśmy informację o tym jak się tu żyje, jacy są ludzie…no nie były te wiadomości nazbyt przychylne Norwegom…Przyznam, że mimo całego uroku, zjawiskowych widoków przyrody, nie mogłabym mieszkać w tym kraju. No i tak czekał nas kolejny etap podróży…najpierw wyprawa po górach ( bez moich butów nie dałabym rady) w celu obejrzenia malowniczego fiordu. No a tu nie lada wyzwanie dla każdego turysty – skok na głaz znajdujący się między dwoma skałami, na wysokości 2 tyś metrów… ale za to jakie mamy zdjęcia 🙂 Było trochę strachu, ale udało się go przełamać. Cała trasa trwała ok. 4 godz. i musze przyznać, że była trudna. Zatem jakże byliśmy zdziwieni, kiedy rodzice na tę wyprawę zabierali swe kilkuletnie pociechy ubrane w gumiaki…no cóż ludzka głupota nie ma granic…Potem deszczowe Bergen, bardzo urokliwe małe portowe miasteczko, stare drewniane domki, no i oczywiście deszcz. W zasadzie od tej pory przez prawie 2 tyg. nie rozstawałam się z moim polarem i kurtką przeciwdeszczową. Po zimnych nocach spędzonych pod namiotem przychodził nie raz taki cudowny dzień, kiedy wreszcie wynajmowaliśmy domek. Było ciepełko, kuchenka i inne atrakcje 😉

Potem na północ w stronę bajkowych Lofotów. Po drodze jeszcze kilka przepraw promowych, mnóstwo tunelów, 2 noce w samochodzie…Na Lofotach wymarzone słonko i jak dla nich prawdziwy tropik, czyli 20 stopni ciepła. Zahartowana nie bałam się wskoczyć w krótkie spodenki i bluzeczkę na ramiączkach…no cóż po nie długich chwilach coś z długim rękawem się przydawało, ale i tak jest bosko, kiedy budzi cię słonko. Teraz poczuliśmy się wreszcie jak na wakacjach. Ostatni tydzień był bardzo słoneczny a my poczuliśmy wreszcie, że wypoczywamy. No tak zapomniałam jeszcze, że w drodze na Lofoty zwiedzaliśmy kościół trolli – czyli jaskinię. Najpierw jednak kilkugodzinna droga po górach, by dotrzeć do tego zjawiskowego miejsca. Potem latarki poszły w ruch i dotarliśmy do cudnego miejsca, ukrytego w skałach wodospadu – no coś pięknego. Na Lofotach też czekała nas przeprawa na szczyty, by móc zobaczyć z góry całe wyspy. Piękny widok, mimo że po drodze czekało mnie kilka wywrotek ze skał…Ostatni etap naszej podróży to wyprawa statkiem na wieloryby. W między czasie była jeszcze noc przy oceanie, wśród skał, zupełnie na dziko. Zatem marzenie mojego kochanego trollka spełniło się. Cieszył się jak dziecko J. Podczas rejsu widzieliśmy 2 wieloryby. Wielkie wrażenie robi sposób w jaki wieloryb zaczyna nurkować, ruch jego płetwy unoszącej się nad wodą jest wart 7 godz. na oceanie mimo choroby morskiej. Dzięki lekom dzielnie zniosłam wyprawę. No i tak nasza podróż dobiegła końca, kilka ostatnich dni to powrót przez Szwecję. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze kolegę Marcina – Maćka. Bardzo wystawnie nas ugościł, przygotował zapiekane bakłażany, oprowadził po jakże małym miasteczku i poopowiadał nam co nieco o Szwedach…można się było nieźle uśmiać…Jak to dobrze, że człowiek urodził się w Polsce…:) No ale wszystko co dobre szybko się kończy…Pora wracać do rzeczywistości…

flamenco a może tango…

•Maj 24, 2008 • 1 komentarz

Jak widać na moją systematyczność nie ma co liczyć. Mimo to raz na jakiś czas można coś z tej strony wyczytać. Zaległości jest co nie miara. Mały skrót…Na łódkach było bardzo fajnie, tylko czemu tak zimno…brrr. Marcin bardzo ładnie się mną opiekował, gorzej było z porankami. Wstawanie nie jest moją mocną stroną, ale przy Marcinie ja jestem rannym ptaszkiem…Nawet trochę posterowałam, dacie wiarę 🙂 Nikt nie wyznał się, że nie jestem lekarką, ale i tak po wyjeździe przyszedł czas wyjawienia prawdy. Ekipa z łajby była świetna. Przekonałam się kolejny raz, że nie ważne gdzie, na czym hehe, ważne z kim 🙂

Potem byliśmy z Marcinkiem w Warszawie, była galeria zachęta i świetna wystawa „dokumentalistki”, potem moje ulubione pierogi no i wreszcie musical Upiór w operze. Niestety zawiodłam się, jak dla mnie przereklamowany. Owszem scenografia robiła wrażenie, dziewczyna grająca Christine ma bardzo ładny głos, ale….spektakl bardziej przypomina operę niż musical. Zdecydowanie zbyt statyczny, za mało ruchu, tańca, brak dobrych choreografii…jak dla mnie przesyt formy nad treścią…

Za to czwartkowy koncert Billy Evansa w wytwórni łódzkiej był rewelacyjny !!! Brakowało mi tak świetnego jazzu na żywo, oby jak najwięcej takich koncertów 🙂

No, ale miałam dziś pisać o flamenco… Byłam w kinie na musicalu Saury Iberia. Cudny, bardzo się wzruszyłam…tylko muzyka i taniec, taniec, taniec…no i jaki. Flamenco, muzyka na żywo, piękna scenografia ( prosta, bez zbędnych efektów specjalnych, najważniejszą rolę odgrywało światło). Film Iberia pświęcony jest wybitnemu hiszpańskiemu kompozytorowi. Saura prowadzi nas przez jego kompozycje. Jedyna informacja dla widza to nazwa utowru, reszta to cudowna muzyka i taniec ( głównie flamenco, ale również klasyka, balet, elementy tańca współczesnego). Obserwujemy próby tancerzy i muzyków, ich poświęcenie, pasję, miłość do tańca. Wszystko pięknie zaaranżowane. Prawdziwa gratka dla miłośników tańca. Jak tu nie być zakochanym w tańcu. Jednak, żeby tak zatańczyć flamenco trzeba urodzić się w Hiszpanii… Znowu pojawiła się moja ogromna tęsknota do tańca, do tego stanu upojenia, który daje mi ruch…

Pod wpływem chwili kupiłam płytę…jednak nie z muzyką flamenco, bo takiej nie znalazłam. Zakup ścieżki dźwiękowej z filmu „lekcja tanga” okazał się strzałem w dziesiątkę. Muzyka jest niesamowita a kawałek libertango Astora Piazzoli to prawdziwy rarytas…

No to już wiem jakie filmy będę chciała obejrzeć wkrótce: oczywiście Lekcja Tanga, ale również kolejne musicale Saury ( Flamecno i Carmen).

Dzień się jednak nie zakończył na muzyce, na sam koniec spotkanie z Woodym Allenem, czyli „Sen Kasandry”.  No muszę pwiedzieć, że reżyser mnie kolejny raz zakoczył. Najpierw było wszystkim do śmiechu a potem rozegrała się prawdziwa tragedia.  Są pewne granice, których przekroczyć nie można….Zakończenie zaskakujące…Colin Farrell i McGregor naprawdę niezła obsada, choć mój typ to zdecydowanie Farrell…Warte obejrzenia…